Blogi »
Grzech zaniechania

 Z uczuciami mocno mieszanymi przeczytałem w GW informację, że na UG złożył wizytę wiceminister edukacji Chin i władze uczelni podpisały z nim umowę o współpracy. M.in. o rozwoju rekrutacji studentów chińskich na gdańską uczelnię.

Moje mieszane uczucia to: szacunek dla UG, smutek i zazdrość (że to nie PG), złość, a może nawet wściekłość. Dlaczego?

Bo straciliśmy jako PG kolosalną szansę. Byliśmy (nie, nie PG, ale WZiE) na tamtym rynku pierwsi. Kilka lat pracy grupki osób na wydziale (dzięki Magdo za harówkę na tym polu!) przyniosło sukces – mieliśmy największą grupę studentów Państwa Środka w Polsce. To był sukces absolutnie indywidualny. Uczelnia nigdy nie była zainteresowana studentami zagranicznymi, szczególnie z Azji. Zgodziła się na nasze działania (jeszcze za poprzedniego rektora) tylko dlatego, że była przekonana, że się nam nie uda. Udało się, więc łaskawie zaakceptowano ten fakt. Ale dalej wszystko było pod górę.

To my, a nie centralna administracja, musieliśmy przecierać szlaki w kuratorium (nostryfikacja świadectw maturalnych); tłumaczyć podstawowe dokumenty politechniczne na angielski (np. regulaminy studiów); wypracowywać procedury związane z rekrutacją zagraniczną, załatwiać sprawy wizowe itd., itp. Przez kilka lat nie byliśmy w stanie wywalczyć, aby centrala zorganizowała komórkę obsługującą obcokrajowców. Zorganizowaliśmy ją u siebie. Nie mieliśmy żadnej pomocy w zakresie zagranicznej promocji (choć promując WZiE – musieliśmy, siłą rzeczy, promować najpierw PG), udziału w targach edukacyjnych itp.

Wszyscy mieli nas dość, opędzali się jak od uprzykrzonych much.

I co ja teraz słyszę? Władze uczelni „odkryły” internacjonalizację i stawiają ją wśród rozwojowych priorytetów. Ponoć nawet biuro obsługi będzie. Chwała na wysokościach!

Ale o ile za późno! Tyle starconego czasu! Inni nie czekali na Godota, mieli więcej wyobraźni, wiedzy, determinacji.

Chiński wiceminister wybrał UG (w Chinach tego typu formalne kontakty mają kolosalne znaczenie, otwierają wiele drzwi). Wybrał, ale władze tej uczelni nie czekały z założonymi rękami. Przeskoczyli nas na polu, na którym byliśmy pierwsi. Pierwsi, ale osamotnieni.

A tyle razy mówiliśmy.